Żepiha o tym, co w życiu paraliżuje ją najbardziej - gupocie bez Ł w środku
Kategorie: Wszystkie | Kto pisze ten blog?
RSS
piątek, 18 czerwca 2010

Damn it. Zapomniałam, że mam tego bloga. :)

No to, żeby tradycji stało się zadość, ponarzekałabym ss, ale mam za dużo roboty. Więc tylko zaznaczę (sama sobie), że żyję. Za miesiąc wychodzę ma monsz, za tydzień zaczynam pracę, a jutro pewnie jakieś małe zbiorowe samobójstwo. Bo generalnie, plany się sypią  i nie tak miało być :/

ż

10:53, aaaparaliz
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 lipca 2009

Dzisiaj sobie uświadomiłam, że uwielbiam silnych mężczyzn i słabe kobiety. Tylko wkurza mnie, jak niektóre kobiety usilnie próbują stać się silnymi mężczyznami. A słabi faceci...no to już inna bajka. Ci mnie nieco żenują. I trochę rozczulają. I także ociupinkę rozśmieszają. Ale silne baby to jednak jest masakra. Nawet jak są silne, to niech chociaż udają, że są słabe.

ż.

18:10, aaaparaliz
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 lipca 2009

Po siedmiu latach  z tym samym Chłopem zaczynam odczuwać rutynę. Szybko to czy późno? I czy ta rutyna mi się podoba czy nie? Jest jak ulubione buty, któych nie chcesz wyrzucić, bo są właśnie twoje i są ulubione, ale jednocześnie czujesz, że już lekko zalatują i może lepiej byłoby wymienić je na coś nowego. Albo zegarek, albo spodnie, albo poduszka...I tysiąc innych rzeczy, z którymi nie można się rozstać, bo są ulubione. Nie wiem, nie wiem. Można do butow włożyć liść herbaty i przestają zalatywać, wymienić pasek w zegarku i naszyć łatę na spodnie, a z Chłopem co można zrobić? Też naszyć łatę?

Porównywanie Chłopa do części garderoby jest niskie, wiem. Chodzi raczej o porównanie do czegoś, co się kocha dla samej istoty tego czegoś. I nie chce się, żeby to zniknęło, zmieniło się, stało się czymś innym.

 

...Kocham słuchać jak się myje....

 

ż.

20:23, aaaparaliz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 czerwca 2009

Jakiś czas temu byłam ukułam taką teorię, że piekło to wnętrze miejskiego autobusu. Otóż nie! To znaczy tak, ale nie do końca. Autobus to piekło na ziemi. W prawdziwym piekle potępieni będą musieli przez wieczność pisać listy motywacyjne i aplikować na stanowiska różnych specjalistów, odpowiadając na wymagania typu: "zaangażowany, samodzielny, pełny zapału", których nie da się udowodnić na kartce papieru (chyba, że za dowód uzna się stwierdzenie: "jestem zaangazownay, samodzielny i pełny zapału"). Tak, tak właśnie będzie wyglądało piekło. 

Moje dodatkowo będzie miało opcję: "kupowanie przez cały dzień butów, na które cię nie stać, a jeśli cię stać, to i tak nie ma twojego numeru".

I co mi tu będą mówić o jakichś kotłach ze smołą. Smoła i wieczny ogień to dwa pikusie w porównaniu z powyższym. 

 

żepa

22:59, aaaparaliz
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 czerwca 2009

Nie mam doła, tylko nie mam siły.

14:29, aaaparaliz
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009

Koniec świata! Chłop mój ma DOŁA. Co to kurwa jest z tym dołem? To jest jakieś prestiżowe, wygodne, smaczne, że każdy to ma? Wszyscy mają doła - mam i ja! Co to ma być? Po co to?

Przyznam, że sama kiedyś przeżywałam młodzieńcze doły, a nawet już będąc stara, jako teraz jestem. Też miałam doły. Ale wyrosłam z tego. Trzeba kiedyś z tego wyrosnąć. Bo to w niczym nie pomaga. NIGDY w NICZYM NIKOMU dół nie pomógł. Miałam nawet taki okres w życiu, że byłam specjalistą od dołów - codziennie inny. Więc wiem, czym to się objawia i że żadne gadanie nie pomaga, bo dół jest swego rodzaju narkotykiem. W dole jest przyjemnie. Proszę mnie nie zrozumieć źle - nie mówię o chorobie zwanej depresją, która jest bardzo poważnym stanem zdołowania ducha. Mówię o niczym nieuzasadnionych poniedziałkowych, niedzielnych , świątecznych, sesyjnych, weekendowych, urlopowych, pracowych dołach. Takich, co objawiają się tym, że człowiek chodzi nadąsany jak bąk, skrzywiony jak podkowa, buczy, meczy, jęczy, a na pytanie: "dlaczego?" odpowiada: "nieeee wieeeeem" a jego oczy wykrzywiają się na zewnątrz jak postaciom w kreskówkach. Błagam, litości. Mam już dość wszechobecnych dołów. Można mieć gorszy dzień, albo czuć się słabo. Ale wtedy trzeba iśc sie przespać, a nie wymyslać o dołach. Nie ma dołów, są wyżyny i niziny.

 

Czy życie nie jest prostsze jak się ktoś do nas uśmiechnie? Albo jak się sami uśmiechniemy do kogoś? (doły odpowiadają "ale jak tu się uśmiechać? uśmiechanie się jest głupie. lepiej cierpieć."). Kurwa. Dość, dość! Trzeba coś z tym zrobić, a to COŚ to po prostu spojrzenie na siebie i na świat nieco z góry. Ogląd sytuacji z dystansu. Nie ma takich problemów, które powalają ludzi na miejscu. Największe zmartwienia jakie mieliśmy - właśnie MIELIŚMY. Czyli już są z tyłu, za nami. Czyli nie powaliły. Czyli da się przeżyć? Da się. A problemy i tak będą, bo za dużo jest w świecie sprzecznych interesów (każdy ma jakiś swój), żeby nie powstawały kolizje i w rezultacie problemy. Trzeba podejśc do niech z dystansem. Albo na próbę - wybrać, że ten akurat problem nie zamienię w doła, tylko spokojnie zrobię ile w mojej mocy, a resztę przyjmę jak kolejne doświadczenie. I sprawdzasz - lepiej, czy gorzej? Lepiej pogrążać się w rozpaczy, otchłani swojego łóżka i doła, czy lepiej wyjśc śmiało i powiedzieć "C'est la vie. Dzisiaj mnie to nie złamie, bo mam ważniejsze sprawy na głowie". Np. życie.

 

Życie jest fajne. Tylko czemu tak zajebiście późno niektórzy sobie to uświadamiają (lepiej, jeśli sobie nie uświadomią nigdy). Zresztą, wielkie micyje. Życie. Phi.  Życie to pół bidy. Bardziej mnie martwi wieczność. Kurde, skoro mam przez wieczność całą coś tam robić (smażyć sie w piekle, albo marznąć w niebie), to niech chociaż te pół bidy będzie przyjemne. I nie, kurde, nie mówię o imprezach i balangowaniu. Przyjemne - czyli takie, żeby się CZUĆ dobrze, czuć, że jest w porządku. Jeśli ktoś się czuje w porządku z dole...no to już nic nie poradzę. Ale żyć z kimś takim to tortura. To jak pchanie jednego wozu i ciągnięcie drugiego jednocześnie. A tem z dołem, czuje sie przez wóz przejeżdżany. I każdemu źle. Precz z dołami! To jest jakiś sabotaż na gatunku homo sapiens. Nie dajmy się, bo nas wykończą! Ehh...zgłodniałam od tej walki. Albo muszę wypić kawę, bo sie zestresowałam.

 

Żepa

22:09, aaaparaliz
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 czerwca 2009

Odpowiadając na pytanie "who is who" (zadane mi przez moje sub ego oraz prawie tysiąc czytelników tego bloga:)):

Blog ten pisze Żepiha, kobieta z miasta na Ka., w wieku jeszcze nie późnym, ale już nie wczesnym, jeszcze nie średnim, ale już nie młodzieńczym, już nie beztroskim, ale jeszcze niepewnym. Czyli jakieś ćwierćwiecze mi stuknie, żeby była jasność. Zawód mój jest piękny, ale się nie przyznam. Ochłopiona jestem, ale sensowne propozycje mogę rozważyć. Bardziej od statystyk odwiedzin interesują mnie komentarze, bo te statystyki coś chyba kłamią - mówią, że na blog wchodzimy tylko ja i moje sub ego, a ja przecież wiem, że codziennie jesteście tutaj po piętnaście razy na godzinę:). No i można sobie z ludzmi pogadać, tak? (np. rozważyć, dlaczego na potwierdzenie moich słów, zamiast "nie" na końcu zdania, piszę zwykle słowo "tak"? czy jet to wyraz mojego życiowego optymizmu? no chyba tak, tak?).

No tyle. Idę jeść paluszki.

żepa

piątek, 05 czerwca 2009

Żeby nie było, że dzisiaj nic mnie nie wkurzyło, bo ja w ogóle nerwowy człowiek jestem (albo idealista), to byłam ja sobie dzisiaj w supermarkecie, który - nie powiem - jest całkiem super. I nawet lubię go odwiedzać, zwłaszcza, że mają karty klubu konesera, a jak się taką ma, to można szpanowć przy kasie (- Ma pani kartę klubu konesera?, -A jak! Oczywiście! JA bym miałam NIE mieć??? Ja? Jasne, że MAM kartę klubu konesera! jednocześnie karta zostaja wyciągnięta z portfela i podana kasjerce ruchem okrężnym, na tyle wolnym i z odpowiednim rozwarciem ramienia, aby każdy w mojej kolejce i każdy w kolejce obok, mógł zobaczyć, jakim to jestem wykwintnym koneserem tego sklepu). No, ale sklep jest niczego sobie i nawet mnie nie wkurza za bardzo. Dzisiaj jednak trafiłam na degustacje różnych różności.

Degustacje są w porządku. Można się najeść w sklepie i czasem nawet coś kupić, choć częściej dziękować Bogu, że degustacja pojawiła się w porę i się tego nie kupiło. Dziś była kawka i serki. Pleśniowe. Dwie rzeczy, które uwielbiam  i gdyby dawano karty klubu konesera kawy i sera pleśniowego, to miałabym wszystkie. Pani, młoda, miła i w ogóle podaje mi kawę i mówi, że coś tam, że urodziny i smacznego. Nie rzuciałam okiem, skąd mi tę kawę nalała i odruchowo pytam: - A to z ekspresu przelewowego? Pani patrzy na mnie wzrokiem, mówiącym: "A wie pani, że nawet nie wiem" po czym mówi: -A wie pani, że nawet nie wiem. No to rzucam tym okiem i widzę, że z przelewowego. Eh, no wiem, że pytanie było bez sensu i pokazało jedynie moje lenistwo w rzucaniu oczami tu i ówdzie, albo nieznajomośc zasad urządzania degusytacji kawy w supermarketach, ale litości. Jak sie kogoś stawia na degustacji kawy, to można byłoby chociaż uświadomić go, czym sie różni ekspres przelewowy od ciśnieniowego na przykład. No nic.

Idę ja sobie dalej. Patrzę. Sery pleśniowe. No to już biegnę, lecę, rzucam się na te sery jak polityk na seks. Nie ma pani podającej, to też zjadam bez pardonu każdy typ serka po kolei. Rewelacja. Rozpływam się. Myślę sobie, a może by tak serka pleśniowego do domostwa przynieść. Ale kurde, nie ma kogo zapytać, co za serek właśnie zdegustowałam. Cos tam leży, jakieś kawałki z listami od sprzedawcy. No to czytam, że serki takie i takie i że kosztują 68 zł za kilogram. :) Oczywiście od tego momentu już nie chcę kupić serka, ale nie zmienia to faktu, że nawet jakbym chciała, to i tak przez cały czas mojego wżerania serów (jak koneser oczywiście), nikt nie podszedł i nie było kogo zapytać, co też właśnie wżeram po konesersku.

No wiem wiem, że pewnie pani poszła do łazienki, albo co. Ale jak sie daje ludziom degustować, to chyba po coś, tak? Żeby wiedzieli, co jedzą i czy mogą sobie to kupić, jak im posmakuje, tak? I żeby mogli pogadać z panią, co im kawkę serwuje, tak? W sumie nie wiem.  Może de gustacje non disputandum est .

żepa

20:35, aaaparaliz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 czerwca 2009

Noc. Śpię. Ciemno. Nagle coś/ktoś szturcha mnie w ramię. Otwieram oczy. Patrzę, przez chwilę nic nie widzę. Ale jak już widzę, to obaczam. A obaczam ja mego chłopa, co wisi nade mną, podpierając się na jednej ręce. Oczy szeroko otwarte, wzrok błędny. Nie wiem, co się stało. Co się dzieje. A on z przejęciem pyta: "Ej, nie wiesz gdzie tu jest kibel?"...

...

...Przez chwilę patrzę na niego i myślę: słuszne pytanie. Po chwili jednak uświadamiam sobie, że pytanie wcale nie jest słuszne, bo jesteśmy w łóżku, a nie w knajpie, jest środek nocy, a nie środek imprezy, a poza tym znamy to mieszkanie, a nie, że pierwszy raz w nim jesteśmy i w ogóle, to on ŚPI! Patrzę jeszcze raz uważnie na niego i dopiero teraz widzę, że za tym błędnym wzrokiem, jest człowiek w głebokiej fazie snu, który prawdpodobnie nawet nie wie, z kim rozmawia. Nic nie odpowiadam i idę dalej spać. On też (przynajmniej wtedy miałam taką nadzieję).

Rano uświadamiam sobie, jak dobrze się stało, że nic nie odpowiedziałam. Strach pomyśleć, co by było, gdybym powiedziała: "prosto i w prawo", bo w tej knajpie prosto i w prawo to była poducha z misiem, a nie łazienka.

 

15:35, aaaparaliz
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 czerwca 2009

Jechałam dziś środkami komunikacji miejskiej dwanaście razy (12 RAZY). W sumie spędziłam w nich około dwóch godzin. Różne spostrzeżenia miałam, pewnie takie same jak mamy wszyscy my - nieposiadacze własnego środka lokomocji: że oto piekło zostało rozczłonkowane na miliony części i każda z nich zamieniła się w jeden miejski autobus lub tramwaj.

Z bardziej konkretnych wniosków mam taki: Panie Boże, uchroń mnie przed związkiem z facetem-beczkowozem oraz przed staniem się kiedykolwiek w życiu kobietą-śmiercionośnym kadzidłem. Ament.

 

żepa

18:13, aaaparaliz
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2